Tego lata na rynku transferowym w Polsce poznański Lech był tylko tłem dla naprawdę aktywnych klubów. Zachował rozsądek, na który jednak w futbolu nie ma już miejsca
Nie bez kozery okres transferowy określa się mianem „karuzeli”. To rzeczywiście coś w rodzaju obłąkańczego tańca, w którym płaci się za zawodników coraz więcej i więcej. – Nie zamierzamy przepłacać – można często usłyszeć w Lechu Poznań. I ma rację Lech, mówiąc, że Artur Sobiech nie jest wart 1 mln euro. Tylko co z tego, skoro są tacy, którzy ów milion zapłacą?
Trudno chyba znaleźć biznes, w którym przepłacałoby się na taką skalę, jak w piłce nożnej. To standard – od Ruchu Chorzów po Real Madryt. I zmierzanie w tym cenowym obłędzie jakąś ścieżką dla zdrowego rozsądku skazuje próbującego to robić na margines, na szukanie w stogu siana igły piłkarskiego talentu za grosze.
- Nie stać nas na kosztowne pomyłki – mówi właściciel Lecha Jacek Rutkowski, co w praktyce oznacza „nie stać nas na robienie wielkiej piłki”. Nie ma transferów bez pomyłek, tak jak nie ma ich bez dużych pieniędzy. W Polsce – coraz większych, bo rynek transferowy zaczyna i tu przypominać niedawny rynek mieszkaniowy w Polsce, gdzie ceny windowano ponad miarę, a ludzie i tak mieszkania kupowali. Nie mieli wyjścia.
Lech też nie ma, o ile chce się liczyć w stawce i zbudować realne fundamenty pod przyszłe sukcesy i mistrzostwa. Argumenty mocniejsze niż samobójczy strzał Mariusza Jopa. Nie dać się minąć lewym pasem przez konkurencję, która goni go zapamiętale.
Dyrektor sportowy Marek Pogorzelczyk powiedział w jednym z wywiadów w magazynie „Kolejorz”, że Legia Warszawa mocno inwestuje w nowych piłkarzy, gdyż dopiero po tych inwestycjach będzie miała skład na poziomie zbliżonym do Lecha. To prawda. I tak jednak pozostaje pytanie: dlaczego Lech czeka na Legię i resztę konkurencji; pozwala się dogonić? Dlaczego nie chce być awangardą, tak jak dotąd? I to we wszystkim – jak pamiętamy. Nie tylko w budowaniu zespołu, ale w pomyśle na klub. Wiele z nich wprowadzano w Lechu z hasłem „robimy to jako pierwsi w Polsce”. Dziś nawet kart zbliżeniowych Lech nie robi już pierwszy.
Kibice „Kolejorza” są rozczarowani ostatnimi transferami i nie przyjmą do wiadomości twierdzeń, iż zespół został realnie wzmocniony. Kiedy dwa lata temu „Kolejorz” stawał do batalii w fazie grupowej europejskiego pucharu, miał w składzie Roberta Lewandowskiego, Hernana Rengifo czy Rafała Murawskiego. Czy teraz z Artjomsem Rudnevsem, Joelem Tshibambą, Jackiem Kiełbem i Arturem Wichniarkiem jest mocniejszy?
Wiadomo, jakie zdanie na temat przydatności do zespołu Rengifo miał Lech. Niezasłużone, bo wkład Peruwiańczyka w sukcesy Lecha był spory. Co do Murawskiego i Lewandowskiego wątpliwości jednak nie ma – to były filary zespołu. I nie zostały zastąpione.
Lech nie awansował do Ligi Mistrzów, za wejście do której dostałby 4 mln euro. No, ale to wymagałoby wcześniejszych inwestycji. I wiążących się z inwestycyjnym ryzykiem kosztownych może niekiedy pomyłek, na które – jak słyszymy – stać Polonię, Legię, Wisłę, ale nie stać Lecha.
Prezes Jacek Rutkowski i jego współpracownicy to ludzie znający się na biznesie lepiej niż niejeden kibic, niejeden dziennikarz. Może więc wiedzą co robią, gdy zaciągają w Lechu ręczny hamulec. Jednakże wtedy przypomina się film „Adwokat” z Johnem Travoltą i Robertem Duvalem. Ten drugi wygłasza w nim zdanie, które jak ulał pasuje do sytuacji z Lechem i transferami:
„W całym tym wyścigu chodzi o to, aby podnosić koszty. Swoje i zarazem konkurencji. Podnosić je wciąż i wciąż, aż do granic wytrzymałości. I kto pierwszy się wreszcie opamięta… ten przegrywa”.




