Beznadziejny w pierwszej połowie, bez porównania lepszy w drugiej Lech Poznań nie był w stanie powtórzyć sensacji z Turynu i nie przegrać ze znakomitym, pełnym gwiazd i bajecznie bogatym Manchesterem City. Przegrał 1:3 po pokazowej lekcji ze strony rywali„Manchester thanks you, sheikh Mansour” – głosi napis na szczycie City of Manchester. „Manchester dziękuje ci, szejku Mansourze”. Jeszcze kilkanaście lat temu bowiem Manchester City był klubem z wielkimi kłopotami. Dziś uchodzi z najbogatszy w Anglii, gotowy podwoić zarobki Wayne’a Rooney’a z Manchesteru United, o ile ten postanowi zmienić klub.
Lech Poznań – przy zachowaniu wszelkich proporcji – nieco Manchester City przypomina. Też był kilkanaście lat temu w trudnej sytuacji, też wydobył go z kłopotów możny (jak na polskie warunki) nowy właściciel. Też gra na nowym stadionie (City of Manchester nie ma nawet 10 lat, nowa Bułgarska nie ma roku). Też ma niebieskie koszulki, tylko ciut jaśniejsze
Obydwa zespoły traktują Ligę Europejską jako ważny, ale dodatek do rodzimej ligi. Dlatego w Manchesterze City zabrakło w wyjściowej jedenastce największej gwiazdy, Argentyńczyka Carlosa Teveza. Zabrakło jednak także np. braci Toure z Wybrzeża Kości Słoniowej i wielu innych graczy. W Lechu – także rewolucja. Na ławie usiedli Semir Stilić i Artjoms Rudnevs, bohater meczu z Juventusem w Turynie, którego fragmenty pokazywano na stadionie przed meczem.
Skład był zaskoczeniem, ale trener Jacek Zieliński musiał coś począć, by otrzeźwić Lecha, zmienić jego fatalną ostatnio grę. Tym razem bowiem samo zaklęcie „europejskie puchary” nie zadziałało. Manchester City nie dał się zaskoczyć jak Juventus Turyn ponad miesiąc temu, który nim się obejrzał, przegrywał 0:2. Tym razem to Lech nim się obejrzał, przegrywał 0:2. Poznaniacy byli daleko od wyczynów, których dokonywali w Turynie. To oni mieli kłopot, bo bardzo odstawali od graczy angielskiej drużyny. Manchester City był szybszy, żwawszy, niemal zawsze pierwszy do każdej piłki. Lechitom zostawiał jakieś dwie sekundy na podjęcie decyzji, co z nią zrobić. Wtedy już bowiem następował atak któregoś z nieustępliwych piłkarzy City. Boisko „przeorywał” np. Nigel de Jong – może brutal, który łamie nogi rywalom, ale też wielki pracuś. I pomysłowy gracz, który np. w okolicach swego pola karnego potrafił jednym zwodem zostawić za plecami pod bramką Joe Harta aż trzech nacierających lechitów, którzy się z nim rozminęli.
Lech pracował bez porównania mniej. Do wyszarpanych jakoś z trudem w środku pola piłek biegł z mozołem. Połowę z nich jeszcze tracił i nadziewał się na kontrataki, które Manchester City rozgrywał trzema, czterema podaniami. Dwoma, trzema zwodami najczęściej Davida Silvy czy Adama Johnsona, za którymi „Kolejorz” nie nadążał, a wtedy pod bramką robiło się gorąco. Johnson i Silva byli momentami nie do zatrzymania.
Trener Roberto Mancini wymienił Carlosa Teveza na Emmanuela Adebayora i piłkarz z Togo, który frustrował się ostatnio na ławce, wygrał mu mecz. Lekkość, z jaką dochodził do piłki, z jaką ograł w polu karnym Bartosza Bosackiego (gol na 1:0) czy też ta, z jaka przeskakiwał i Luisa Henriqueza, i Manuela Arboledę i pokonywał nieuważnego bramkarza Jasmina Buricia (gol na 2:0), wyglądała jak naturalny dar, a nie efekt ciężkiej pracy. Adebayor cieszył się jak dziecko, które wreszcie mogło się pobawić.
Lech nie miał recepty na Anglików. Nie miał celnych strzałów – jedynie Kamil Drygas próbował bić z dystansu, ale głównie po trybunach. I głównie dlatego, że miał te kilka sekund więcej bez pressingu. Wszystko to jednak było tylko atrapą gry Manchesteru City.
Swą szybkość próbował wykorzystać Sławomir Peszko. Mógł zdobyć gola na początku meczu, mógł na początku drugiej połowy. Wtedy padł w polu karnym, angielscy widzowie gwizdali, ale przytomnie zachował się Joel Tshibamba i z bliska wbił piłkę do bramki.
Trener Zieliński wpuścił na boisko i Rudnevsa, i Stilicia – teraz mieli do biegania 40 minut zamiast 90. Rozpaczliwe bieganie za Anglikami zmieniało się w mecz. Lech grał coraz sprawniej, wyglądało to coraz lepiej. Gdyby udało mu się wyjść z takiego stanu, w jakim był po pierwszej połowie, sensacja byłaby większa niż w Turynie!
Nie tym razem jednak, bo po kwadransie dobrej gry Lecha rezon odzyskał Manchester City i zrobił to, co przed przerwą. Odebrał Lechowi piłkę, Silva zagrał kapitalne podanie do Adebayora i ten miał już hat-tricka, a Silva – owacje od widzów. „Kolejorz” mógł jeszcze zdobyć gola pięć minut przed końcem, po błędzie obrony City i zbyt krótkim podaniu do bramkarza. Mógł jednak przegrać i wyżej, bo na tę jedną okazję Anglicy odpowiadali kilkoma.
Manchester City – Lech Poznań 3:1 (2:0)
Bramki: 1:0 Adebayor (13. minuta z podania Vieiry), 2:0 Adebayor (25., z podania Silvy), 2:1 Tshibamba (49., dobitka strzału Kikuta), 3:1 Adebayor (73., z podania Silvy)
CITY: Hart – Richards, Boyata, Lescott, Zabaleta (85. Bridge) – de Jong, Vieira – Wright-Phillips (77. Jo), Johnson, Silva (74. Y. Toure) – Adebayor
Lech: Burić – Kikut, Bosacki Ż, Arboleda (69. Djurdjević), Henriquez – Injac, Drygas (55. Stilić) – Peszko, Kriwiec, Wilk (55. Rudnevs) – Tshibamba
Sędzia: Alexandru Dan Tudor (Rumunia)
Widzów 34 tys.
Źródło: Gazeta Wyborcza Poznań




